Nie grajcie zbyt głośno!

Ostatnio miałem okazję odświeżyć się w roli akustyka – ot, graliśmy z kapelką parę koncertów, a że nagłośnienie mamy własne (i wreszcie możemy olać koszta związane z wynajmowaniem akustyków), przyszło mi pobawić się gałeczkami nie tylko podczas naszego występu, ale i innych zespołów. Wyszło różnie, a to dlatego, że kupa kapel ma u nas tendencję do zbyt głośnego grania, zwłaszcza jeśli chodzi o piece. Postaram się więc wytłumaczyć w miarę łopatologicznie, dlaczego jest to olbrzymi błąd. Ba - będę klął jak szewc, żeby dotarło:).

 

Sensem nagłaśniania, jak sama nazwa wskazuje, jest to, żeby coś NAGŁOŚNIĆ. Nie udawać, że się kręci gałkami, tylko żeby fizycznie przenieść coś cichego do systemu nagłaśniającego i zrobić głośniej. Po cóż więc odkręcać instrument na scenie na pełną pizdę, jeśli podpinamy go dodatkowo w duży system audio? Jeżeli piec gitarowy będzie napierdalał na 80% mocy, to wtedy nie ma po co go nagłaśniać, bo sam z siebie wytwarza takie ciśnienie akustyczne, że jeżeli dodamy do tego jeszcze dźwięk z kolumienek, to tylko i wyłącznie dodamy volume, a nie polepszymy w żaden sposób brzmienia. Jest takie powiedzenie, jeśli jest za głosno, to znaczy, że jesteś za stary - no dobrze, ja lubię głośno, ale - dopierdolmy z nagłośnienia, a nie z pieców! Nie mówię tu o salach pokroju Spodek, ale o małych klubach, gdzie gra się dla 100-500 osób.

 

Powiedzmy, że chcemy osiągnąć poziom nagłośnienia o głośności określonej „10”. Nie decybeli, nie herzów, po prostu – abstrakcyjne „10” - optymalny poziom, przy którym słucha się miło i z kopniakiem. Jeżeli piec będzie napierdalał z głośnością „8”, to nagłaśnianie mija się z celem – jeżeli damy przynajmniej tak samo głośno, dostaniemy 8+8 = 16, czyli zasuniemy ludziom w membranę tak, że będzie bolało. Z kolei danie nagłośnienia na „2” też nic nie da, bo piec gitarowy będzie grał o „6” więcej, czyli nagłośnienie w ogóle nie będzie słyszalne. Ale – jeśli damy piec na 3 a nagłośnienie na 7 – wtedy robota będzie całkiem inna, i osiągniemy naprawdę solidny rezultat!

 

Większość ludzi zakrzyknie w tym momencie – Ale, Ale! Przecież muszę się słyszeć, bo nasz perkusista tak łoi, że gitary nie będę słyszał na scenie. Oczywiście – tu jest racja, ale chodzi o to, żeby gitarę właśnie SŁYSZEĆ, a nie napawać się własnym brzmieniem i wyrywać flaki sobie i kolegom na scenie. Zresztą, po to są odsłuchy, żeby głównie z nich monitorować granie, a nie tworzyć na scenie kocioł dźwiękowy. Zresztą, wyobraźcie sobie sytuację, kiedy na scenie odpalają się dwa lampowe piece na paczkach 4x12, i do tego jakiś basik powiedzmy rzędu 300-400W. I każdy usiłuje „się słyszeć”, więc daje kolejno głośniej i głośniej. Dochodzi się do absurdu, kiedy backline rozgrzewa się do czerwoności, a zespół i tak dalej się nawzajem zagłusza. Zawsze lepiej jest ściszać, niż podgłaśniać z tyłu.

 

Wiąże się z tym następna rada – pamiętajcie o tym, że zespół to całość! Nie chodzi o to, żeby „mój bas napierdalał” albo „żeby solówki było słychać moje i tylko moje”. Instrumenty mają się uzupełniać, a nie grać samodzielnie – każdy instrument ukręcony tak, żeby jechał na wszystkich gałkach w prawo, powoduje przesyt brzmienia całego zespołu. No bo jeśli stopa dudni basem, gitara basowa ma niskie tony odbujane na maxa, a na przesterze gitarowym również wszystko zasuwa dołem, no to nie dziwota, że oprócz dudnienia nie będzie słychać nic! Niestety, trzeba poświęcić część pasm instrumentów indywidualnie, żeby to wszystko się na siebie nie nakładało, i żeby kapela zabrzmiała i z kopniakiem, i selektywnie.

 

Gitarzystom radzę zawsze i wszędzie skręcać gain – nie ma nic gorszego niż lampiak odkręcony na „9”, piszczący i sprzęgający zanim jeszcze w ogóle dotknie się strun. Jeżeli piec sprzęga z tyłu, to nagłosniony będzie sprzęgał kilka razy głosniej, prawda? A co do gainu – owszem, fajnie jest, jak wiosło pruje mięchem, ale jeśli do tego dojdzie drugie, bas, i blachy, to nie będzie słychać nic innego tylko GŻŻŻŻŻŻŻŻ – zero selekcji, wyłącznie łomot.

 

No i najważniejsza kwestia – jeżeli kapela daje się bardzo głośno na scenie, to BARDZO ciężko jest wyciągnąć wokal – nawet z najlepszego systemu audio. Wynika to z tego, że mikrofon wokalowy „łapie” wszystko, co ma przed sobą, również gitary, bas i bębny. I wzmacniając głośność wokalu, wzmacniamy również ogólny hałas kapeli zza pleców wokalisty. Rezultat – jedna wielka jebanina i kakofonia, z którą nic się nie da zrobić, no bo niby jak, skoro wszystko miesza się w mikrofonach? Najlepszy akustyk nie pomoże. No chyba, że da w pizdę tak głośno, że będzie dobrze w poziomach, za to ludziom popękają bębenki.

 

Gitarzyści, pamiętajcie – piece macie po to, żeby mieć dla siebie odsłuch, a nie żeby z nich pruć głośnością. Perkusiści – uczcie się uderzeń dynamicznych, i krótkich, zamknijcie tez czasem hihat, on nie musi nakurwiać cały czas na pełnym otwarciu. Na żywca trzeba uczyć się grać z myślą o całości, tak samo jak w studiu. Jeżeli uda się Wam dojść do brzmienia, gdzie muza i kopie, i jest po prostu słyszalna, zobaczycie, że publika będzie bawić się 10x lepiej, niż wtedy, jak jest ogłuszona i zabita dźwiękiem. A wszystko w Waszych rękach! Dajcie szansę akustykowi Was NAGŁOŚNIĆ, a nie tylko ratować, co się da.

 

 

 

 

Portret użytkownika Mirek

Często nagłośnieniowcy myślą,

Często nagłośnieniowcy myślą, że głośno znaczy dobrze. Doświadczenie pokazuje, że trzeba to wszystko wypośrodkować. Innym grzechem młodych kapel jest to, że ustawiają wszystkie instrumenty, żeby każde brzmiało indywidualnie jak najlepiej a w miksie wychodzi z tego "błoto". Jedyna rada dużo grać i cały czas się uczyć - schować ego do futerału.

Portret użytkownika Wisnia

LOUDER YOU PUSSY!!! LOUDER

LOUDER YOU PUSSY!!! LOUDER MOTHERFUCKER!!!!!!

fuck yeah

Portret użytkownika brzydki

A co waść sądzi o nie

A co waść sądzi o nie nagłaśnianiu pieców? Powiedzmy na przody idzie wokal, bas i stopa. Może zbyt kameralnie, ale koncertu się dobrze słucha(no... metaluchy ni będą zadowoleni:-)

Portret użytkownika hipis

No jak najbardziej dobry

No jak najbardziej dobry pomysł, acz kaliber sali musi na to pozwalać. Jak jest sprzecicho, to jednak ja bym zawsze wolał "zrobić" piece i na przodach, chociaż wtedy już naprawdę lekko, żeby poprawić, a nie zepsuć. Z graniem z samych pieców jest tak, że grają ze sceny punktowo, i stojąc w różnych miejscach pomieszczenia, można kompletnie inaczej odebrać brzmienie kapeli. No i dochodzi tez taki feler, że jak scena jest niska, albo w ogóle jej brak, to gitarzysta i pierwszy rząd ludzi zasłaniają cielskiem wszystkim z dalszych szeregów. Wtedy piec wali do czerwoności rozkrecony, a tył i tak nie słyszy, za to z przodu ludzie mają ciśnienie akustyczne "prosto w ryj" :))))

Rock and Roll, baranki!

Portret użytkownika Jajnik

a jeśli perkusista za głośna

a jeśli perkusista za głośna napierdala to srebrna taśma makgajwera, chusteczki lub sraj taśma bądź szmaty i pozamiatane ;) Jeśli jest możliwość nagłośnić perkusję na 8 majków bądź na trigery to zawsze jest to najlepsze rozwiązanie. Im ciszej ze sceny tym wyraźniej.

Portret użytkownika bartez_33

Z drugiej strony popadanie z

Z drugiej strony popadanie z jednej skrajności w drugą, też nikomu na dobre nie wychodzi. Właśnie jestem po koncercie AC/DC (swoją drogą, przezajebistym), na którym support wykonywał Dżem i co tu dużo mówić, jak ta taką skalę owego wydarzenia, coś było jednak nie halo. Mianowicie, Dżem winno słyszeć kilkadziesiąt tysięcy osób znajdujących się na Bemowie, natomiast poprzez nie użycie całego możliwego nagłośnienia, brzmiało to, jakby jechali na samych piecach. Ja, będąc w sumie niedaleko od sceny, miałem z tym mały problem, więc wątpię, żeby ludzie oddaleni od nas często i kilkadziesiąt metrów mieli łatwiej niż ja.

Portret użytkownika hipis

Nie no, plener stadionowy

Nie no, plener stadionowy rządzi się kompletnie innymi prawami. Ja miałem na myśli głównie koncerty klubowe, które są nie do zrealizowania dlatego, że backline rozbujany potrafi na dzień dobry samodzielnie zamordować uszy publiki. Co do Dżemu, no niestety, bardzo często supporty sa potraktowane po macoszemu, nie wiem czemu tak się dzieje, zwłaszcza, że kapela pokroju Dżemu raczej jest w stanie swojego człowieka za mikser posadzić. Ostatni koncert Metalliki w Polsce (z Machine Head) to koronny przykład - MH brzmiało tak chujowo, że aż szkoda gadać, masakra!

Rock and Roll, baranki!

Portret użytkownika Carlos

Brawo, Hipis - zacne i godne

Brawo, Hipis - zacne i godne niesienia w eter myśli. :) Ze swojej strony dodam, że syndrom, o którym piszesz nie dotyczy wyłącznie, jakby się zdawać na pierwszy rzut oka mogło, muzyków początkujących. Swego czasu miałem okazję widzieć w akcji Rootwater w olsztyńskim Anderze - Panowie tak porozkręcali swoje zabawki, że ze sceny wylewał się jeden wielki łomot, którego nie byłem w stanie wytrzymać.

Naprawdę, naprawdę, NAPRAWDĘ, Ludziska - głośniej wcale nie znaczy lepiej. :)

Dodaj swój komentarz

Zawartość pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <p> <div> <h1> <h2> <h3> <h4> <h5> <h6> <img> <map> <area> <hr> <br> <br /> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd> <table> <tr> <td> <em> <b> <u> <i> <strong> <font> <del> <ins> <sub> <sup> <quote> <blockquote> <pre> <address> <code> <cite> <embed> <object> <param> <caption>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.

Więcej informacji na temat formatowania

Mollom CAPTCHA (odtwórz plik dźwiękowy CAPTCHA)
Wpisz znaki, które widzisz na obrazku powyżej. Jeśli nie potrafisz ich odczytać wyślij formularz jeszcze raz. W takim przypadku zostanie wygenerowany nowy obrazek.